Proza życia rzadko inspiruje filmowców. Jeśli czasem zagości na ekranie to najczęściej przeradza się ona w przerysowany w wydźwięku tasiemiec lub obraz, który szokuje. Trudno jest opowiadać o problemach małżeńskich i rodzinnych w sposób czuły i delikatny. Pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się norweska produkcja “Być kochaną” (2025), która stanowi debiut Liljai Ingolfsdottir. Stworzyła ona opowieść, która głęboko porusza i kipi od emocji, mimo oszczędnych środków wyrazu.
O czym opowiada film “Być kochaną”?
“Być kochaną” ukazuje romans dojrzałych ludzi – Marii (Helga Guren) i Sigmunda (Oddgeir Thune). Ona ma już za sobą rozwód i zajmuje się dwójką dzieci. On jest lubianym przez otoczenie gościem, który nigdy nie zaangażował się w długodystansową relację. Mimo odmiennych doświadczeń, uczucie sprawia, że decydują się na stworzenie relacji.
Sielanka nie może trwać wiecznie. Maria i Sigmund zostają rodzicami. Pojawiają się nowe obowiązki, zmęczenie, pretensje. Dzieci z pierwszego małżeństwa Marii wchodzą w trudny wiek dojrzewania. Kobieta jest przeciążana rolą matki i gospodyni domowej, coraz silniej złości ją to, że nie może rozwijać się zawodowo. W tym samym czasie Sigmund często wyjeżdża, zostawiając ją samą z natłokiem spraw. Para zaczyna się coraz więcej kłócić. Mówi głównie ona. On raczej milczy, zamyka się w sobie. Widz może obserwować pogłębiający się kryzys tej relacji. Film z upływem czasu zaczyna bardziej skupiać się na Marii. Poznajemy bliżej jej lęki, potrzeby i nieudane próby odbudowania bliskości z ukochanym mężczyzną.
Podróż w głąb siebie na ekranie
Dla Marii punktem zwrotnym stają się spotkania z psychoterapeutką. Kiedy jest już jasne, że Sigmund wycofuje się z walki o naprawienie relacji, kobieta zaczyna przyglądać się sobie i rozplątywać misternie utkaną z żalu i pretensji wewnętrzną sieć. Zaczyna łączyć się z swoimi trudnościami i zranieniami, a także dostrzegać niesłużące jej schematy.
Jako osoba z psychoterapeutycznym wykształceniem mogę zapewnić, że scenariusz jest świetnie napisany, a sam film dobrze pokazuje, jak może wyglądać podróż w głąb siebie w trakcie wizyt u specjalisty. Okazuje się, że mimo zewnętrznych przeciwności, warto zawsze zawracać do własnego wnętrza i brać odpowiedzialność za swoje uczucia i sposób postępowania. To droga niełatwa, ale przynosząca dużą ulgę i dająca szansę na budowanie satysfakcjonujących relacji z innymi.
Maria i Sigmund – bohaterzy, z którymi można się utożsamić
Maria to bohaterka, z którą na pewno utożsami się wiele kobiet. Jest silna, ogarnia dzieci i dom. A jednocześnie czuje się przytłoczona i rozczarowana. Pragnie więcej wsparcia i zaangażowania od partnera. Chciałby wreszcie wyjść z roli matki i wrócić do pracy, aby czuć satysfakcję i spełnienie. To dlatego bywa cyniczna i złośliwa.
Również Sigmund to mężczyzna, jakich nie brakuje. Uprzejmy, z sercem na dłoni. A zarazem wycofujący się, gdy pojawiają się problemy. Kiedy robi się zbyt duszno, po prostu ucieka. Maria jest w tym duecie bardziej aktywna. Widać, że próbuje walczyć o związek, ale jej posunięcia mają odwrotne działanie. Mężczyzna czuje się przytłoczony, woli wrócić do swojego beztroskiego świata.

To, jak wygląda związek Marii i Sigmunda pokrywa się z tym, jak funkcjonuje wiele par. Jedna strona dużo mówi, działa. Zdecydowanie dominuje, ale pokazuje też większą motywację do zmian. Druga strona z kolei odcina się od konfliktu. Jest bierna i szuka sposobów, aby uciec od problemu. W filmie “Być kochaną” z pewnością niejeden odbiorca zauważy w bohaterach po części siebie i swojego partnera/partnerkę.
Złość, czułość i wzruszenie
Podążając za Marią towarzyszyło mi wiele uczuć. Choć jej zachowania bywały trudne, doskonale potrafiłam ją zrozumieć. Opieka nad czwórką dzieci, zwłaszcza kiedy partner wyjeżdża, to ogromny wysiłek. Z pewnością była wykończona i zwyczajnie potrzebowała pomocy. Towarzyszyła mi więc złość na Sigmunda, który nie chciał zaakceptować jej rozgoryczenia i zobaczyć, że jest ono uzasadnione.
Z drugiej strony, mężczyzna podjął się życia z kobietą, która miała już swoje dzieci, później doczekali się własnych. Miał prawo poczuć się tym przytłoczony. W filmie widać także, że poprzez drobne gesty okazywał swoje uczucia i na swój sposób starał się być partnerem. Z terapeutycznego punktu widzenia – na pewno na problem w obszarze wyrażania i przyjmowania złości. Ale potrafi być bardzo ciepły i pełen ujmującej spontaniczności. Do obu bohaterów można więc poczuć wiele sympatii. Tym bardziej przykro jest obserwować jak popadają we własne lęki i obrony, nie mogąc się tym samym nawzajem zobaczyć.
Trudno powiedzieć, żeby zakończenie miało klasyczne happy end. Marii udaje się wyrwać z kręgu pretensji i żalu – i to jest najważniejsze. W życiu łatwo jest pogrążyć się w poczuciu krzywdy. Zobaczyć to, czego partner nie zrobił, w czym zawiódł. Dużo trudniej jest z uczciwością popatrzeć na swoje zachowania i zranienia. Dlatego moment, gdy Maria decyduje się wziąć odpowiedzialność za swoje spełnienie, jest bardzo poruszający. Zaprasza tym samym widza, aby i on zrobił podobnie.
Zdjęcia pochodzą z serwisu imdb.com.
